Dobrnęłam do takiego punktu w moim życiu, że zmiana zaczęła się dziać samoistnie. Myślę, że teraz jestem po prostu gotowa udźwignąć ciężar krytyki, zwiększone tempo pracy i cały chaos twórczy, który zaczął się dziać. Absolutnie nie twierdzę, że JESTEM GOTOWA, choć uważam, że najodpowiedniejszy czas jest właśnie teraz i wszystko, co się dzieje, jest osadzone na dobrej osi.
Święty mit cierpiącego artysty
Wydarzenia z ostatnich lat, choć myślałam, że są przełomowe i będą silnikiem dla moich projektów, okazywały się kolejnymi, czasem epickimi porażkami. Nasiąkłam tymi hasłami: „Lepsze jest zrobione niż doskonałe”, „Odpowiedni czas nie istnieje, zacznij dzisiaj”, „Nigdy nie będziesz gotowa, nigdy nie będzie odpowiedniego czasu ani momentu w Twoim życiu, zacznij teraz”. Brałam to do siebie, zaciskałam pięści, połykałam łzy, bo przecież najlepsze dzieła powstają z bólu artysty. Wszyscy najwięksi projektanci swoje najwspanialsze dzieła i projekty tworzyli w okresach największych depresji czy załamań nerwowych, a życie twórcy naznaczone jest piętnem samotności, pustki, poczucia wyobcowania oraz walką z licznymi nałogami – albo poddaniem się w tej walce. Publiczny rozkład, jeśli udało się zgromadzić publikę, jest formą najwyższego poświęcenia dla swojej sztuki. Mam tutaj tak wiele nazwisk, ale nie podam żadnego – są to moje subiektywne wybory, niepoparte żadnymi dowodami poza moją osobistą obserwacją świata sztuki przez ostatnie 20 lat.
Jakby to powiedzieć: byłam tam, robiłam to, prawie mnie to zniszczyło, a moim największym sukcesem – podkreślam: największym – jest to, że przeżyłam. Wciąż żyję, śmieję się, zaakceptowałam i nie wypieram zła, które mnie spotkało, ani doświadczeń, które miały mnie zgnębić, upokorzyć i usunąć. Po prostu to jest część mojej historii i jestem sama z siebie dumna, bo poradziłam sobie w tamtym czasie najlepiej, jak umiałam, z zasobami i wiedzą, jakie wtedy miałam. Nie uważam się jednak za oświeconą. Z wiekiem i nauką, którą z radością przyswajam z większym zaangażowaniem niż w szkole, widzę wyraźniej niż kiedykolwiek, ile pracy przede mną. Długi wstęp, żeby napisać, że podnieca mnie myśl o poszerzaniu swojej wiedzy, a zarazem horyzontów.
Za kulisami milczenia
Pięć lat temu, zakładając stronę, miałam plany, hahaha. Miałam też ważną rolę do odegrania zupełnie poza widokiem publicznym i zostałam postawiona przed wyborem – nie zero-jedynkowym, ale takim bardziej organicznym. Wybrałam spokój, określiłam priorytet i zawalczyłam o stworzenie przestrzeni przyjaznej i bezpiecznej dla największego skarbu, jaki mam: dla córki. Jednocześnie mierzyłam się z depresją poporodową, przechodzącą w coś bardziej niebezpiecznego i długofalowego, niestety znanego mi z okresu końca szkoły średniej i studiów. Pochodząc z rodziny matriarchalnej, nie chciałam się do tego przyznać, nie umiałam nawet nazwać stanu, w jakim się znalazłam. Sytuacja wokół mnie też nie pozwalała na okazanie słabości i poproszenie o pomoc w codzienności, a założenie, że mój dom będzie oazą oraz miejscem szacunku, tolerancji i wolności, było podważane. I tutaj musiałam już wybrać w systemie 0:1. Nie pozwolę obrażać siebie i mojej matki ani nazywać nas „dziwkami” tylko dlatego, że patriarcha czuje się zagrożony ze strony młodej, niezależnej kobiety, która nie musi się z nim zgadzać. Tamten stół świąteczny na wiosnę zakończył pewien okres pasywnej agresji, a otworzył drzwi do publicznego pomawiania mnie przez osoby teoretycznie najbliższe naszej rodzinie. Nic więc dziwnego, że piękna strona w stylu minimalistycznym wisiała martwa do tego czasu. Jak miałam tworzyć w strachu i z autocenzurą w głowie, skoro przecież „wszystko, co powiem, może być wykorzystane przeciwko mnie”? Dzisiaj jestem dumna, że przemilczałam tamten okres, choć kosztowało mnie to pięć lat opłacania domeny i widok migającego kursora na białym tle.
Moda jako sztuka, nie dyktat
Dokładnie teraz, pisząc dla Was, siedzę na tarasie, który wybudowałam razem z moim mężem, otulona ciepłym, październikowym słońcem. Jest na tyle ciepło, że mogę siedzieć w samej koszuli, a w przerwach obserwować relacje z tygodnia mody i zapowiadane trendy na sezon wiosna/lato 27. Choć dzisiaj już nie kieruję się trendami w modzie, a sama sezonowość również się zatarła, lubię obserwować modę jako dzieła sztuki. Niepokoi mnie jednak powrót anoreksji na wybiegi, a co gorsze – wyjście jej na ulicę. Argument, że ubranie lepiej leży na chudej, jest tak zatęchły jak zapomniany strój kąpielowy w woreczku strunowym po przerwie wakacyjnej.
Ewolucja zamiast rewolucji
Wróć. Strona jest o modzie, o tym, co połączyć z czym, żeby pasowało i funkcjonowało razem z nami. Ze mną najlepiej pracują koszule – miękkie, najczęściej z działu męskiego, ze spodniami lub spódnicami w długości midi. I dzianiny – jak ja kocham dzianiny!
Mój poprzedni tekst dotyczył kompromisów. Sama musiałam przeczytać go jeszcze raz, ze zrozumieniem, żeby podjąć trudną decyzję o przeglądzie w mojej szafie i oddaniu rzeczy, które zwyczajnie mi nie służą. Uwielbiam modę właśnie dlatego, że nasz styl – core naszego stylu – się nie zmienia, lecz ewoluuje z biegiem lat, tak jak my. Dopasowanie „raz i kropka” nie zadziała, jeśli nie zrozumiemy i nie zaakceptujemy tego, że nasze życie nie jest płaskie i jednostajne – nawet jeśli wykonujemy mało angażującą pracę i wydaje nam się, że jest ona bezsensowna. Jesteśmy trójwymiarowi, jesteśmy przez to piękni i zasługujemy na otaczanie się pięknem oraz zachwycanie się innymi pięknościami w naszym życiu. Piękno jest dostępne, ale nie jest produkowane masowo. Zatem gdy już zaakceptujemy, że ewoluowaliśmy, a nasz styl wraz z nami, jesteśmy gotowi na dopasowanie ubrań do naszego życia.
Mądra konsumpcja i szacunek dla ciała
Kiedyś kupowałam jeansy w najmniejszym rozmiarze, w jaki się zmieściłam. W pierwszej dekadzie XXI wieku wmówiono nam, że cyferka na metce określa naszą wartość (choć ten wątpliwy „trend” nie pochodzi z lat 00., ale o tym innym razem). Dzisiaj kupuję jeansy, w których bez problemu siadam i wykonuję inne ruchy, w których mieści się mój wzdęty brzuch po obiedzie – bo akurat miałam ochotę na coś, co spowodowało u mnie tymczasowy dyskomfort – ale które nie uciskają mnie bezlitośnie, przypominając, że powinnam coś z tym zrobić. Mam 37 lat i wiem, że moje ciało samo to zrobi.
Częściej patrzę na metkę, ale nie na tę z nazwą marki/nazwiskiem projektanta, lecz na tę ze składem, miejscem produkcji i certyfikatami. Obliczam cost per use i dopiero wtedy zapada decyzja. Albo lepiej: zapada ona po około 24 godzinach i sprawdzeniu, czy w szafie nie mam czegoś podobnego, czy na pewno tego potrzebuję oraz czy nie znajdę tego w drugim obiegu. Konsumpcjonizm jest zły, a szukanie alternatyw rozwija naszą zdolność do krytycznego myślenia i robienia researchu oraz uświadamia, w jakim świecie żyjemy i kto realnie płaci za nasze nowe, sezonowe ubrania w trendach.

