moje stylizacje

Spowiedź ze strachu

Wystraszyłam się. Zaczęłam pisać i dostałam bardzo pozytywne komentarze, na temat stylu i sposobu w jaki prowadzę narrację. Teksty były odbierane jako lekkie, zabawne i przyjemne, a pisanie w pierwszej osobie sprawiało, że czasem Czytelnik miał wrażenie, że zapraszam go do dialogu. Oczywiście, że zapraszam do dialogu, zawsze zapraszam, bo bardzo lubię rozmawiać. Cała ta „pozytywna krytyka” sprawiła mi wiele radości, ale się wystraszyłam, że faktycznie będę robić to, o czym marzyłam jako mała, starsza i dorosła. Będę pisać, ludzie będą czytać i w magiczny sposób będę w stanie opłacić tym rachunki i mój styl życia. Zwinęłam „biznes” ze strachu przed sukcesem, mierzonym oczywiście moją własną, prywatną miarą.

Skulona w pozycji embrionalnej przez ostatnie trzy lata, szarpana skrajnymi emocjami doprowadziłam siebie do ruiny. Porzuciłam własną osobowość, przyjęłam cudze poglądy i zajęłam się przetrwaniem. Co miałam przetrwać, sama nie do końca wiedziałam, ale spędziłam długi czas w „trybie przetrwania” i w dresie. Kupiłam trzy pary spodni, o których wcześniej pisałam i stały się moim uniformem, strojem codziennym, domowym. Dzisiaj, w czerwcu 2026, nie mam już nic do dresów, nie będę już nigdy zastanawiać się dlaczego ktoś nosi je publicznie, bo byłam w tej grupie. Nie podobało mi się, ale to nie znaczy, że w tamtym czasie miałam siłę na noszenie czegoś innego. Przetrwałam i w najgorszym momencie były przy mnie spodnie z dzianiny ze ściągaczami na dole.

Zatem czy wcześniej miałam rację, czy żyłam w błędzie?

Dotarło do mnie sedno zdania, że o gustach się nie dyskutuje. Uderzyło mnie z całą siłą, wyśmiewając przy tym wszystko w co dotychczas wierzyłam, albo chciałam wierzyć. Odpowiedź na moje pytanie brzmi: Miałam rację, ale to nie znaczy, że nie byłam w błędzie. Moje subiektywne opinie na tematy modowe, to nie są prawdy uniwersalne! Eureko!

Wracając do tematu, jest nim strach, panicznie wystraszona i skulona w sobie, szukałam zajęcia odpowiedniego dla mamy, żony, córki i całego słownika, którego można było wtedy użyć opisując moją osobę i pozycję zajmowaną w społeczeństwie. Pomimo tego, że pisząc byłam odbierana pozytywnie, to już poza moim happy place jakim jest biblioteka, nie miałam co liczyć na sympatię. Okazało się, że jestem najgorsza, najgłupsza i najbardziej wredna, ze wszystkich wredot jakie chodziły po świecie. Żądna szacunku i lojalności od osób, które szanowałam i którym byłam lojalna; rozpętałam apokalipsę. To mnie tak przygniotło i zasmuciło, że zdecydowanym krokiem weszłam do gabinetu terapeuty.

Pan Terapeuta mi przytakiwał, mało mówił, głównie słuchał, terapeuta marzenie. Zdawało mi się, że to jest to, ktoś mi doradzi, pokieruje, da narzędzia do naprawy mojego zepsutego wnętrza. Dostałam takie coś : (…) „dobrze rozumie swoją sytuację, zdaje sobie sprawę z wad i ograniczeń, rozumie zasadę problemu. Nie ucieka od odpowiedzialności, ani nie boi się ponieść konsekwencji… . Potrafi samodzielnie rozpoznać i nazwać emocje, potrafi zapanować nad reakcjami na emocje. Nie ma potrzeby kontynuowania terapii, Pacjentka radzi sobie ze swoimi ograniczeniami, nie ma zaburzeń etc.” . Myślałam, że mnie tam poskręca! Przyszłam, bo otoczenie mi wytykało moją ułomność w radzeniu sobie z trudami, a zostałam odprawiona z kwitkiem, bo wg nauki, nie mam żadnej nierozpoznanej i niezrozumianej ułomności. Niezrozumianej przeze mnie, bo ułomności to mam trochę. Wróciłam do punktu wyjścia. Skuliłam się na nowo w dżerseju, z papierami informującymi, że jestem jakby zdrowa, bo myślę trzeźwo. Wtedy nie chciałam myśleć trzeźwo, tylko tak jak reszta ludzi.

Jakby co, ja terapię mogłam kontynuować, ale nie było to konieczne, nie wykazywałam cech osoby, która na terapii powinna pozostać. Bądźmy szczerzy, dzisiaj wiele osób korzysta z pomocy psychologów, wielu potrzebuje pomocy, system kuleje. Nie widziałam potrzeby, mój psycholog również, odbyliśmy szczerą rozmowę i razem doszliśmy do takiego samego wniosku. Jeśli jednak Ty lub osoba z Twojego otoczenia potrzebuje pomocy, ma depresję to udajcie się do specjalisty, nie do influencerki/ influencera z e-bookiem, kursem czy pakietem samopomocy na każdą przypadłość.

Po terapii, tych kilkunastu tygodniach spędzonych na mówieniu, lepiej zrozumiałam samą siebie i byłam gotowa na drugie podejście. Sytuacja była opanowana, stosunki międzyludzkie unormowane, ale dalej się bałam. Bałam się powiedzieć na głos, że jestem w czymś dobra, że sprawia mi to przyjemność i o dziwo niektórym ludziom też. Strach ma wielkie oczy, w przeciwieństwie do mnie.

Zaczęłam się zastanawiać nad swoimi wyborami, marzeniami, celami, chciałam obrać jakiś kurs i wytrwać w nim pomimo przeciwności i sabotowaniu od wewnątrz. Długo się miotałam, aż moje najbliższe duszyczki, osoby, które w całej swojej miłości do mnie robiły co mogły, żebym nie czuła się samotna, wszystkie, jednogłośnie, w tym samym czasie powiedziały : Gośka, pisz!

Zdjęłam dresy, poszukałam zajęcia, które wyrwie mój mózg z letargu i będzie kierunkowskazem na najbliższe miesiące. Zaczęłam pisać, publikować i mam nadzieję budzić ciekawość, co dalej. Bo o gustach się nie dyskutuje, ale o wyborach modowych już tak.

Zdjęcie pochodzi z publicznej biblioteki zdjęć.

Dodaj komentarz