Home

  • Kompromisy w życiu i szafie. Czy warto na nie iść?

    Kompromisy w życiu i szafie. Czy warto na nie iść?

    Siedząc przed otwartą szafą, z której niemal wylewają się ubrania, często dochodzę do wniosku, że… nie mam się w co ubrać. Jak to możliwe? Bardzo często to, co w niej wisi, to cichy dowód na moje codzienne, drobne kompromisy. Kupiony na wyprzedaży sweter z syntetyku, bo akurat był w trendach, bez komentarza, syntetyki to zło. Marynarka kupiona za ułamek ceny, która jest tak sztywna i niewygodna, że od samego patrzenia na nią czuję złość i smutek. Buty, które obcierają, ale przecież tak pięknie wyglądały na statycznym zdjęciu. Godziłam się na te „półśrodki”, wierząc, że na tym polega dojrzałość, a w życiu po prostu trzeba czasem ustępować.

    Jak uderzająco podobnie traktujemy nasze relacje i całe codzienne funkcjonowanie? Gdzie kończy się zdrowa miłość i elastyczność, a zaczyna ciche rezygnowanie z samej siebie w imię świętego spokoju? Zapraszam Cię dzisiaj do szczerej rozmowy o kompromisach i o sztuce radykalnej szczerości wobec samej siebie, swojej szafy i ludzi, których kochasz.

    „Dress for the job You want, not the one You have” i cena kompromisu

    Zmień to, co robisz, a nie to, kim jesteś! Ta prosta zasada to był klucz do zrozumienia, dlaczego tak często czułam frustrację przed lustrem. Zbyt wiele razy kupiłam coś dla swojej „wyobrażonej wersji”. Tej, która codziennie biega w szpilkach i sztywnych garsonkach, choć w rzeczywistości pracuję z domu, a mój styl życia wymaga przede wszystkim mobilności i swobody, bo biegam za dzieckiem, które biega za psami.

    Kiedy chodziłam na taki kompromis, kupując ubrania „zastępcze”, które ograniczają ruchy lub po prostu nie pasują do tego, jak naprawdę żyłam, płaciłam za to wysoką cenę. Czułam się w nich nieswojo, a frustracja sprawiała, że szukając satysfakcji, kupowałam kolejną rzecz i kolejną, ostatecznie generując stres i wydając znacznie więcej, niż kosztowałby ideał.

    Psychologowie zajmujący się modą podkreślają, że fasony, które nas nie krępują, mają realny wpływ na nasze samopoczucie i mogą dosłownie obniżać poziom stresu i napięcia w organizmie. Kiedy ciało nie musi bez przerwy walczyć z dyskomfortem, zyskujemy cenną energię na budowanie relacji i realizację celów. Wygoda to nie lenistwo ani brak elegancji. To głęboki szacunek do własnego ciała. Świadoma moda pozwala nam wyglądać stylowo bez jakichkolwiek zgniłych kompromisów kosztem komfortu.

    Szafa spotyka serce. Kiedy związek staje się „niedożywiony”

    Dokładnie tę samą dynamikę bardzo często przenosimy na grunt naszych relacji z ludźmi. Wchodzimy w związek i obiecujemy sobie, że będziemy idealnie wyrozumiałe. W imię „świętego spokoju” zaczynamy celowo rezygnować z własnych potrzeb, unikać asertywności i udawać, że wszystko jest w porządku. W obawie przed konfliktem lub odrzuceniem odcinamy kawałki własnej tożsamości, rezygnując z pasji, przyjaciół czy ważnych dla nas planów.

    I choć to nie jest moja historia, ani mój charakter; naoglądałam się takich związków wystarczająco dużo wokół mnie, żeby rościć sobie prawo do wygłoszenia komentarza tutaj.

    Tak jak sztywna, źle skrojona marynarka po kilku godzinach zaczyna nas uwierać, tak stłumione emocje i wieczne ustępstwa zaczynają nas powoli zatruwać. Jeśli kompromis w relacji oznacza ciągłe pomijanie naszych podstawowych potrzeb, wartości czy prawa do bycia sobą. 

    Od zgniłego kompromisu do pogodnego odpuszczenia

    Gdzie więc leży granica? Czy mamy stać się egoistkami, które nigdy nie ustępują? Absolutnie nie. Kluczem jest zmiana intencji i przejście od wymuszonych ustępstw do czegoś, co psycholog Wojciech Eichelberger nazywa pogodnym poświęceniem lub pogodnym odpuszczeniem.

    Dobry, zdrowy kompromis polega na tym, że spotykacie się w pół drogi w sprawach codziennych, logistycznych (jak wybór filmu na wieczór czy miejsca na wakacyjny wyjazd), ale po każdym wspólnie wypracowanym rozwiązaniu nadal lubicie i szanujecie zarówno siebie, jak i drugą osobę.

    To w związkach, a w modzie? 

    W modzie, szafie, robimy porządki. Po pierwsze zrób bilans i rachunek sumienia i dosłownie policz, ile z Twoich ostatnich zakupów było impulsywnych, kupionych „na kompromis” i ile z nich leży nienoszonych, często z metkami. Po drugie daj sobie czas, tak dokładnie, czas. Budowanie relacji i garderoby wymaga czasu. Dzisiaj, ja, zanim coś kupię, wstrzymuję się z decyzją kilka dni, nie godzin, a dni. Po tym czasie wiem czy chcę, potrzebuję oraz czy będę nosić, jeśli odpowiedź na któreś z tych pytań brzmi nie, odpuszczam. Sztuka odpuszczania to jedno z moich największych osiągnięć, zaoszczędziłam dzięki temu kilka tysięcy, w przypadku zakupów, oraz czasu w kategorii związków.

    Życie bez stresu zaczyna się w miejscu, w którym przestajemy na siłę wciskać się w za ciasne ramy, zarówno te uszyte, jak i te stworzone z cudzych oczekiwań. Ciało zasługuje na ubrania, które dają mu miękkość i swobodę. Serce zasługuje na relacje, w których możemy być w pełni sobą, bez strachu, że prawda zepsuje kruchą, fałszywą harmonię.

    Czy masz w swojej szafie lub w życiu taki „zgniły kompromis”, który najwyższy czas pożegnać? Podziel się ze mną swoimi refleksjami w komentarzu poniżej. Jestem bardzo ciekawa Twoich myśli.

  • Spowiedź ze strachu

    Spowiedź ze strachu

    Wystraszyłam się. Zaczęłam pisać i dostałam bardzo pozytywne komentarze, na temat stylu i sposobu w jaki prowadzę narrację. Teksty były odbierane jako lekkie, zabawne i przyjemne, a pisanie w pierwszej osobie sprawiało, że czasem Czytelnik miał wrażenie, że zapraszam go do dialogu. Oczywiście, że zapraszam do dialogu, zawsze zapraszam, bo bardzo lubię rozmawiać. Cała ta „pozytywna krytyka” sprawiła mi wiele radości, ale się wystraszyłam, że faktycznie będę robić to, o czym marzyłam jako mała, starsza i dorosła. Będę pisać, ludzie będą czytać i w magiczny sposób będę w stanie opłacić tym rachunki i mój styl życia. Zwinęłam „biznes” ze strachu przed sukcesem, mierzonym oczywiście moją własną, prywatną miarą.

    Skulona w pozycji embrionalnej przez ostatnie trzy lata, szarpana skrajnymi emocjami doprowadziłam siebie do ruiny. Porzuciłam własną osobowość, przyjęłam cudze poglądy i zajęłam się przetrwaniem. Co miałam przetrwać, sama nie do końca wiedziałam, ale spędziłam długi czas w „trybie przetrwania” i w dresie. Kupiłam trzy pary spodni, o których wcześniej pisałam i stały się moim uniformem, strojem codziennym, domowym. Dzisiaj, w czerwcu 2026, nie mam już nic do dresów, nie będę już nigdy zastanawiać się dlaczego ktoś nosi je publicznie, bo byłam w tej grupie. Nie podobało mi się, ale to nie znaczy, że w tamtym czasie miałam siłę na noszenie czegoś innego. Przetrwałam i w najgorszym momencie były przy mnie spodnie z dzianiny ze ściągaczami na dole.

    Zatem czy wcześniej miałam rację, czy żyłam w błędzie?

    Dotarło do mnie sedno zdania, że o gustach się nie dyskutuje. Uderzyło mnie z całą siłą, wyśmiewając przy tym wszystko w co dotychczas wierzyłam, albo chciałam wierzyć. Odpowiedź na moje pytanie brzmi: Miałam rację, ale to nie znaczy, że nie byłam w błędzie. Moje subiektywne opinie na tematy modowe, to nie są prawdy uniwersalne! Eureko!

    Wracając do tematu, jest nim strach, panicznie wystraszona i skulona w sobie, szukałam zajęcia odpowiedniego dla mamy, żony, córki i całego słownika, którego można było wtedy użyć opisując moją osobę i pozycję zajmowaną w społeczeństwie. Pomimo tego, że pisząc byłam odbierana pozytywnie, to już poza moim happy place jakim jest biblioteka, nie miałam co liczyć na sympatię. Okazało się, że jestem najgorsza, najgłupsza i najbardziej wredna, ze wszystkich wredot jakie chodziły po świecie. Żądna szacunku i lojalności od osób, które szanowałam i którym byłam lojalna; rozpętałam apokalipsę. To mnie tak przygniotło i zasmuciło, że zdecydowanym krokiem weszłam do gabinetu terapeuty.

    Pan Terapeuta mi przytakiwał, mało mówił, głównie słuchał, terapeuta marzenie. Zdawało mi się, że to jest to, ktoś mi doradzi, pokieruje, da narzędzia do naprawy mojego zepsutego wnętrza. Dostałam takie coś : (…) „dobrze rozumie swoją sytuację, zdaje sobie sprawę z wad i ograniczeń, rozumie zasadę problemu. Nie ucieka od odpowiedzialności, ani nie boi się ponieść konsekwencji… . Potrafi samodzielnie rozpoznać i nazwać emocje, potrafi zapanować nad reakcjami na emocje. Nie ma potrzeby kontynuowania terapii, Pacjentka radzi sobie ze swoimi ograniczeniami, nie ma zaburzeń etc.” . Myślałam, że mnie tam poskręca! Przyszłam, bo otoczenie mi wytykało moją ułomność w radzeniu sobie z trudami, a zostałam odprawiona z kwitkiem, bo wg nauki, nie mam żadnej nierozpoznanej i niezrozumianej ułomności. Niezrozumianej przeze mnie, bo ułomności to mam trochę. Wróciłam do punktu wyjścia. Skuliłam się na nowo w dżerseju, z papierami informującymi, że jestem jakby zdrowa, bo myślę trzeźwo. Wtedy nie chciałam myśleć trzeźwo, tylko tak jak reszta ludzi.

    Jakby co, ja terapię mogłam kontynuować, ale nie było to konieczne, nie wykazywałam cech osoby, która na terapii powinna pozostać. Bądźmy szczerzy, dzisiaj wiele osób korzysta z pomocy psychologów, wielu potrzebuje pomocy, system kuleje. Nie widziałam potrzeby, mój psycholog również, odbyliśmy szczerą rozmowę i razem doszliśmy do takiego samego wniosku. Jeśli jednak Ty lub osoba z Twojego otoczenia potrzebuje pomocy, ma depresję to udajcie się do specjalisty, nie do influencerki/ influencera z e-bookiem, kursem czy pakietem samopomocy na każdą przypadłość.

    Po terapii, tych kilkunastu tygodniach spędzonych na mówieniu, lepiej zrozumiałam samą siebie i byłam gotowa na drugie podejście. Sytuacja była opanowana, stosunki międzyludzkie unormowane, ale dalej się bałam. Bałam się powiedzieć na głos, że jestem w czymś dobra, że sprawia mi to przyjemność i o dziwo niektórym ludziom też. Strach ma wielkie oczy, w przeciwieństwie do mnie.

    Zaczęłam się zastanawiać nad swoimi wyborami, marzeniami, celami, chciałam obrać jakiś kurs i wytrwać w nim pomimo przeciwności i sabotowaniu od wewnątrz. Długo się miotałam, aż moje najbliższe duszyczki, osoby, które w całej swojej miłości do mnie robiły co mogły, żebym nie czuła się samotna, wszystkie, jednogłośnie, w tym samym czasie powiedziały : Gośka, pisz!

    Zdjęłam dresy, poszukałam zajęcia, które wyrwie mój mózg z letargu i będzie kierunkowskazem na najbliższe miesiące. Zaczęłam pisać, publikować i mam nadzieję budzić ciekawość, co dalej. Bo o gustach się nie dyskutuje, ale o wyborach modowych już tak.

    Zdjęcie pochodzi z publicznej biblioteki zdjęć.

  • Cała na biało…

    Cała na biało…

    Znacie to powiedzenie, „i wtedy wchodzę ja, cała na biało” ciekawe skąd się wzięło. Trochę poszperałam i okazało się, że to z mało eleganckiego kawału o cyrku, balonach z fekaliami i amazonkach z łukami, w dodatku oryginał jest męski, ale co tam. Jak zawsze trochę o mnie trochę o modzie, więc tym razem to ja jestem cała na biało.

    Biel jest zawsze w modzie, niezależnie od sezonu, nosimy biel i jej odcienie na wiele okazji. Biała koszula może przecież zostać wystylizowana na nieskończenie wiele sposobów, od garniturów po koszulowe sukienki, które wyglądają pięknie, podkreślają każdą opaleniznę i rozświetlają. Białe wszystko rozświetla, od buzi gdy jest wokół szyi np. koszula, przez sylwetkę jeśli jest sukienką lub zestawem, po stopy. Białe buty to nie obciach, trzeba tylko chcieć w nich chodzić; dobra trzeba też odpowiednio je wystylizować. Biel jest lekka, ponadczasowa, kojarzy się z romantyzmem i elegancją, mnie z wygodą i Maverickiem. Jestem już blisko pointy.

    Jakoś tak się złożyło, że od jakiegoś czasu, chodził mi po głowie Top Gun i Tom wjeżdżający w słynnym outficie. Zeszłoroczny, najważniejszy dzień w moim życiu (podobno), spędziłam właśnie w bieli, zaczęłam od męskiej koszuli, ukradzionej z szafy pewnego stylisty, a skończyłam w balowej sukni inspirowanej strojami sufrażystek. Dlatego w tym roku postawiłam na odcienie białego i mam nadzieję, że dołączycie do mnie.

    Za tydzień wrócę z opisem akcji #damawbieli na instagramie i tutaj pewnie też.

    Wasza Stylistka

    zdjęcie: studioswiatłocienie

  • Nowy Rok, Stara Ja

    Nowy Rok, Stara Ja

    Fajerwerki ucichły, bąbelki uleciały i zostałam z listą noworocznych postanowień, całkiem pustą. Od kilku lat nie robię noworocznych postanowień, długoterminowych celów, ambitnych planów na nadchodzące dwanaście miesięcy. Gdzieś w marcu czułam frustrację i miałam wewnętrzne przekonanie, że nic z tego nie będzie i poddawałam całkiem dobry plan. Możecie tylko sobie wyobrazić, że czułam się jak przegryw przez resztę roku. Pocieszające było to, że nie tylko ja tak miałam, moi znajomi też rzucali swoimi „TO DO LIST” o ścianę, kalendarz w którym mieli ambitną listę postanowień zwyczajnie trafiał do kosza na makulaturę. Co się zmieniło w 2022?

    Wszystko.

    Ostatnie trzy lata były inne, odebrały poczucie stabilności i bezpieczeństwa, napawały strachem, zmuszały do zmiany kierunku rozwoju, wywracały całe życie do góry nogami i gdy tylko zaczynaliśmy się jakoś urządzać na nowo, przyzwyczajać do nowych warunków. BUM. Kolejna fala pandemii, globalny kryzys gospodarczy, wojna. Trzeba też doliczyć do tego własne, prywatne problemy, z którymi każdy mierzy się sam. Ostatnie 12 miesięcy dla wielu z nas było przełomowe, dużo mówiło się o stawianiu granic, o dbaniu o „zdrową głowę” (mental health) i o poszerzaniu swoich horyzontów. Dlatego uważam, że jeśli chodzi o ubiegły rok, z jednej strony był ciężki z powodu zmian jakie wymusił na nas, z drugiej strony jednak ta wymuszona refleksja i następujący po niej rozwój sprawił, że robiąc analizę, ostatecznie mogę powiedzieć, że był to rok udany.

    Rozpoczynając 2023 mam poczucie ogromnej zmiany jaka we mnie zaszła, odkryłam w sobie odwagę do postawienia granic i przestrzegania ich, wybieram tylko to co służy mojej głowie i mojemu ciału. Odwagę do noszenia się po swojemu i dla siebie. Tego życzę też Wam. DBAJCIE O SIEBIE.

    Wasza Stylistka

  • Ewolucja czy regres?

    Ewolucja czy regres?

    Mój styl i czy w ogóle go mam? Jako dziecko ubierała mnie mama, nosiłam wszystko co miałam, nie wybrzydzałam. Dzisiaj uważam, że miałam ładne ubrania, nieprzesłodzone, po prostu ładne i wygodne.

    W momencie, w którym sama zaczęłam komponować swoją garderobę, doznałam niemałego szoku. Mój styl życia nie był kompatybilny ze strojami, które chciałam nosić, musiałam się dostosować albo znaleźć złoty środek. Nic z tego. Gdzieś przeczytałam:

    Dress for the job You want, not the one You have

    Sam Ramsey

    Zmieniłam pracę, otoczenie i w końcu mogłam nosić dopasowane sukienki, fikuśne buty. To było fantastyczne uczucie, w końcu wszystko ładnie współgrało, mój charakter i wygląd, to był spójny obrazek, nie potrzebowałam nikomu tłumaczyć co „autor” miał na myśli, wszystko było jasne. Zasadę miałam jedną, zero dresów. Na co komu one? Rozciągnięte, z wypchanymi kolanami. Zawsze starałam się wyglądać jak JA, nie było wersji domowej i wyjściowej, byłam przygotowana na spotkanie z kimś znajomym nawet wychodząc po bułki. Byłam szczęśliwa, stwierdziłam, że potrzebuję przestrzeni i większego spokoju.

    Kolejny etap to wieś…

    Blisko las, trawnik pod oknem, na którym mogę usiąść i poczytać i pies! Oczywiste było, że z psem nie będę biegać w sukience i balerinach, musiałam mieć w szafie coś nadającego się na leśne wędrówki. Buty i strój. No właśnie, dresy; na szczęście nie. Robią teraz bajeczne i funkcjonalne stroje sportowe. Znowu mi się upiekło. Jednym słowem, fajne życie zawodowe i domowe na wsi, prawie sielsko, wieś dawno nierolnicza, bardziej przedmieście, jak z amerykańskich filmów.

    Rok 2020… styczeń

    Na świecie pojawia się mały człowiek, czuję się jak rozmiękła galaretka, ale bardzo staram się wyglądać jak taka świeżo wyjęta z lodówki. Marzec i pierwszy lockdown, wygrzebałam z głębi szafy spodnie, które służyły mi w liceum na w-fie. Trochę podłamana, ale sytuacja tego wymagała, bobas i wieś. Stwierdziłam, że na chwilę odpuszczę, mając tylko jedne spodnie dresowe, nie będę zawsze w nich chodzić, muszę się przecież przebierać. Dotrwałam tak do jesieni tego samego roku. Podziękowałam spodniom, bo zawsze generuję wdzięczność do swoich ubrań, złożyłam i wpakowałam na dno szafy. Wyluzowałam z sukienkami, niektóre z nich mają luźny krój, a fikuśne buty na obcasie zamieniłam na bardziej praktyczne baleriny, mokasyny itp.

    Mój styl dzisiaj

    Dzisiaj, jak patrzę wstecz, zastanawiam się, czy w pandemii mój styl ewoluował, czy jednak nastąpił regres, pewnie nie jestem jedyna. Czynników było i jest sporo, wolę myśleć, że w tym przypadku znalazłam złoty środek, dostosowałam swój styl do prowadzonego trybu życia. Chciałabym pokazać Wam, że można czuć się sobą w ubraniach, bez poświęceń.

    Pragnę jednak wyjaśnić, że nic nie mam do samych dresów, one po prostu nie nadają się dla mnie. Nie czuję się w nich komfortowo, co jest zabawne, bo właśnie po to zostały zaprojektowane, dla komfortu noszącego. Widocznie nie wszystko musi nam pasować, na szczęście mamy wybór.

  • Na początku był YSL nie Chaos

    Na początku był YSL nie Chaos

    Zaczęło się jak byłam w 6. klasie szkoły podstawowej, chora w łóżku narysowałam swoją pierwszą kolekcję sukien ślubnych. Flamastrem. Nazywała się jak ta kiepska opera mydlana, gdzie umierają, potem powstają z martwych, ale nie o tym chciałam.

    Po skończonej pracy, skatalogowałam i oprawiłam moją mini kolekcję w skoroszyt, pewnie gdzieś jeszcze jest, choć możliwe, że po tylu przeprowadzkach w końcu wylądował na makulaturze lub w kominku. Od tego zaczęła się moja przygoda z modą, choć rzadko wracałam tak daleko pamięcią, a lata szkolne, od strony modowej, udało mi się skutecznie wymazać z podświadomości.

    1 czerwca 2008 roku, świat obiegła informacja, że zmarł Yves Saint Laurent, ja czekałam na wyniki matur i planowałam całe swoje życie spędzić w laboratorium, w białym kitlu, sztywnym od krochmalu, to był naprawdę ambitny plan. Nie wypalił, bo 5 czerwca był pogrzeb i zdecydowałam się na zmianę ścieżki. Poszłam na studia, ale równolegle kształciłam się w kierunku mody, szukałam odpowiedniej szkoły, bo chciałam być projektantką, jak moja największa inspiracja. Zatem na początku był YSL i czerń, o ironio!

    Wszystko szło zgodnie z planem, tym drugim, rozwijałam się, moja wiedza, świadomość, tolerancja, wrażliwość i miłość do piękna rozkwitała każdego dnia podczas nauki w artystycznej szkole. Pokochałam jeszcze bardziej ubrania, moja szafa przeszła niesamowitą metamorfozę, stałam się odważna w pokazywaniu siebie poprzez ubrania. I właśnie tego chcę Was też nauczyć, miłości do siebie i do ubrań, żeby poranki były przyjemniejsze, a styl odzwierciedlał Wasze charaktery i dawał radość z układania kolejnych stylizacji.

    Zostań ze mną na dłużej, a zobaczysz, że moda to zabawa, codzienna dawka radości z ubierania się.