-
Cała na biało…

Znacie to powiedzenie, „i wtedy wchodzę ja, cała na biało” ciekawe skąd się wzięło. Trochę poszperałam i okazało się, że to z mało eleganckiego kawału o cyrku, balonach z fekaliami i amazonkach z łukami, w dodatku oryginał jest męski, ale co tam. Jak zawsze trochę o mnie trochę o modzie, więc tym razem to ja jestem cała na biało.
Biel jest zawsze w modzie, niezależnie od sezonu, nosimy biel i jej odcienie na wiele okazji. Biała koszula może przecież zostać wystylizowana na nieskończenie wiele sposobów, od garniturów po koszulowe sukienki, które wyglądają pięknie, podkreślają każdą opaleniznę i rozświetlają. Białe wszystko rozświetla, od buzi gdy jest wokół szyi np. koszula, przez sylwetkę jeśli jest sukienką lub zestawem, po stopy. Białe buty to nie obciach, trzeba tylko chcieć w nich chodzić; dobra trzeba też odpowiednio je wystylizować. Biel jest lekka, ponadczasowa, kojarzy się z romantyzmem i elegancją, mnie z wygodą i Maverickiem. Jestem już blisko pointy.Jakoś tak się złożyło, że od jakiegoś czasu, chodził mi po głowie Top Gun i Tom wjeżdżający w słynnym outficie. Zeszłoroczny, najważniejszy dzień w moim życiu (podobno), spędziłam właśnie w bieli, zaczęłam od męskiej koszuli, ukradzionej z szafy pewnego stylisty, a skończyłam w balowej sukni inspirowanej strojami sufrażystek. Dlatego w tym roku postawiłam na odcienie białego i mam nadzieję, że dołączycie do mnie.
Za tydzień wrócę z opisem akcji #damawbieli na instagramie i tutaj pewnie też.Wasza Stylistka
zdjęcie: studioswiatłocienie

-
Nowy Rok, Stara Ja

Fajerwerki ucichły, bąbelki uleciały i zostałam z listą noworocznych postanowień, całkiem pustą. Od kilku lat nie robię noworocznych postanowień, długoterminowych celów, ambitnych planów na nadchodzące dwanaście miesięcy. Gdzieś w marcu czułam frustrację i miałam wewnętrzne przekonanie, że nic z tego nie będzie i poddawałam całkiem dobry plan. Możecie tylko sobie wyobrazić, że czułam się jak przegryw przez resztę roku. Pocieszające było to, że nie tylko ja tak miałam, moi znajomi też rzucali swoimi „TO DO LIST” o ścianę, kalendarz w którym mieli ambitną listę postanowień zwyczajnie trafiał do kosza na makulaturę. Co się zmieniło w 2022?
Wszystko.
Ostatnie trzy lata były inne, odebrały poczucie stabilności i bezpieczeństwa, napawały strachem, zmuszały do zmiany kierunku rozwoju, wywracały całe życie do góry nogami i gdy tylko zaczynaliśmy się jakoś urządzać na nowo, przyzwyczajać do nowych warunków. BUM. Kolejna fala pandemii, globalny kryzys gospodarczy, wojna. Trzeba też doliczyć do tego własne, prywatne problemy, z którymi każdy mierzy się sam. Ostatnie 12 miesięcy dla wielu z nas było przełomowe, dużo mówiło się o stawianiu granic, o dbaniu o „zdrową głowę” (mental health) i o poszerzaniu swoich horyzontów. Dlatego uważam, że jeśli chodzi o ubiegły rok, z jednej strony był ciężki z powodu zmian jakie wymusił na nas, z drugiej strony jednak ta wymuszona refleksja i następujący po niej rozwój sprawił, że robiąc analizę, ostatecznie mogę powiedzieć, że był to rok udany.
Rozpoczynając 2023 mam poczucie ogromnej zmiany jaka we mnie zaszła, odkryłam w sobie odwagę do postawienia granic i przestrzegania ich, wybieram tylko to co służy mojej głowie i mojemu ciału. Odwagę do noszenia się po swojemu i dla siebie. Tego życzę też Wam. DBAJCIE O SIEBIE.
Wasza Stylistka
-
Ewolucja czy regres?

Mój styl i czy w ogóle go mam? Jako dziecko ubierała mnie mama, nosiłam wszystko co miałam, nie wybrzydzałam. Dzisiaj uważam, że miałam ładne ubrania, nieprzesłodzone, po prostu ładne i wygodne.
W momencie, w którym sama zaczęłam komponować swoją garderobę, doznałam niemałego szoku. Mój styl życia nie był kompatybilny ze strojami, które chciałam nosić, musiałam się dostosować albo znaleźć złoty środek. Nic z tego. Gdzieś przeczytałam:
Dress for the job You want, not the one You have
Sam RamseyZmieniłam pracę, otoczenie i w końcu mogłam nosić dopasowane sukienki, fikuśne buty. To było fantastyczne uczucie, w końcu wszystko ładnie współgrało, mój charakter i wygląd, to był spójny obrazek, nie potrzebowałam nikomu tłumaczyć co „autor” miał na myśli, wszystko było jasne. Zasadę miałam jedną, zero dresów. Na co komu one? Rozciągnięte, z wypchanymi kolanami. Zawsze starałam się wyglądać jak JA, nie było wersji domowej i wyjściowej, byłam przygotowana na spotkanie z kimś znajomym nawet wychodząc po bułki. Byłam szczęśliwa, stwierdziłam, że potrzebuję przestrzeni i większego spokoju.
Kolejny etap to wieś…
Blisko las, trawnik pod oknem, na którym mogę usiąść i poczytać i pies! Oczywiste było, że z psem nie będę biegać w sukience i balerinach, musiałam mieć w szafie coś nadającego się na leśne wędrówki. Buty i strój. No właśnie, dresy; na szczęście nie. Robią teraz bajeczne i funkcjonalne stroje sportowe. Znowu mi się upiekło. Jednym słowem, fajne życie zawodowe i domowe na wsi, prawie sielsko, wieś dawno nierolnicza, bardziej przedmieście, jak z amerykańskich filmów.
Rok 2020… styczeń
Na świecie pojawia się mały człowiek, czuję się jak rozmiękła galaretka, ale bardzo staram się wyglądać jak taka świeżo wyjęta z lodówki. Marzec i pierwszy lockdown, wygrzebałam z głębi szafy spodnie, które służyły mi w liceum na w-fie. Trochę podłamana, ale sytuacja tego wymagała, bobas i wieś. Stwierdziłam, że na chwilę odpuszczę, mając tylko jedne spodnie dresowe, nie będę zawsze w nich chodzić, muszę się przecież przebierać. Dotrwałam tak do jesieni tego samego roku. Podziękowałam spodniom, bo zawsze generuję wdzięczność do swoich ubrań, złożyłam i wpakowałam na dno szafy. Wyluzowałam z sukienkami, niektóre z nich mają luźny krój, a fikuśne buty na obcasie zamieniłam na bardziej praktyczne baleriny, mokasyny itp.
Mój styl dzisiaj
Dzisiaj, jak patrzę wstecz, zastanawiam się, czy w pandemii mój styl ewoluował, czy jednak nastąpił regres, pewnie nie jestem jedyna. Czynników było i jest sporo, wolę myśleć, że w tym przypadku znalazłam złoty środek, dostosowałam swój styl do prowadzonego trybu życia. Chciałabym pokazać Wam, że można czuć się sobą w ubraniach, bez poświęceń.
Pragnę jednak wyjaśnić, że nic nie mam do samych dresów, one po prostu nie nadają się dla mnie. Nie czuję się w nich komfortowo, co jest zabawne, bo właśnie po to zostały zaprojektowane, dla komfortu noszącego. Widocznie nie wszystko musi nam pasować, na szczęście mamy wybór.
-
Na początku był YSL nie Chaos

Zaczęło się jak byłam w 6. klasie szkoły podstawowej, chora w łóżku narysowałam swoją pierwszą kolekcję sukien ślubnych. Flamastrem. Nazywała się jak ta kiepska opera mydlana, gdzie umierają, potem powstają z martwych, ale nie o tym chciałam.
Po skończonej pracy, skatalogowałam i oprawiłam moją mini kolekcję w skoroszyt, pewnie gdzieś jeszcze jest, choć możliwe, że po tylu przeprowadzkach w końcu wylądował na makulaturze lub w kominku. Od tego zaczęła się moja przygoda z modą, choć rzadko wracałam tak daleko pamięcią, a lata szkolne, od strony modowej, udało mi się skutecznie wymazać z podświadomości.
1 czerwca 2008 roku, świat obiegła informacja, że zmarł Yves Saint Laurent, ja czekałam na wyniki matur i planowałam całe swoje życie spędzić w laboratorium, w białym kitlu, sztywnym od krochmalu, to był naprawdę ambitny plan. Nie wypalił, bo 5 czerwca był pogrzeb i zdecydowałam się na zmianę ścieżki. Poszłam na studia, ale równolegle kształciłam się w kierunku mody, szukałam odpowiedniej szkoły, bo chciałam być projektantką, jak moja największa inspiracja. Zatem na początku był YSL i czerń, o ironio!
Wszystko szło zgodnie z planem, tym drugim, rozwijałam się, moja wiedza, świadomość, tolerancja, wrażliwość i miłość do piękna rozkwitała każdego dnia podczas nauki w artystycznej szkole. Pokochałam jeszcze bardziej ubrania, moja szafa przeszła niesamowitą metamorfozę, stałam się odważna w pokazywaniu siebie poprzez ubrania. I właśnie tego chcę Was też nauczyć, miłości do siebie i do ubrań, żeby poranki były przyjemniejsze, a styl odzwierciedlał Wasze charaktery i dawał radość z układania kolejnych stylizacji.
Zostań ze mną na dłużej, a zobaczysz, że moda to zabawa, codzienna dawka radości z ubierania się.

