Mój styl i czy w ogóle go mam? Jako dziecko ubierała mnie mama, nosiłam wszystko co miałam, nie wybrzydzałam. Dzisiaj uważam, że miałam ładne ubrania, nieprzesłodzone, po prostu ładne i wygodne.
W momencie, w którym sama zaczęłam komponować swoją garderobę, doznałam niemałego szoku. Mój styl życia nie był kompatybilny ze strojami, które chciałam nosić, musiałam się dostosować albo znaleźć złoty środek. Nic z tego. Gdzieś przeczytałam:
Dress for the job You want, not the one You have
Sam Ramsey
Zmieniłam pracę, otoczenie i w końcu mogłam nosić dopasowane sukienki, fikuśne buty. To było fantastyczne uczucie, w końcu wszystko ładnie współgrało, mój charakter i wygląd, to był spójny obrazek, nie potrzebowałam nikomu tłumaczyć co „autor” miał na myśli, wszystko było jasne. Zasadę miałam jedną, zero dresów. Na co komu one? Rozciągnięte, z wypchanymi kolanami. Zawsze starałam się wyglądać jak JA, nie było wersji domowej i wyjściowej, byłam przygotowana na spotkanie z kimś znajomym nawet wychodząc po bułki. Byłam szczęśliwa, stwierdziłam, że potrzebuję przestrzeni i większego spokoju.
Kolejny etap to wieś…
Blisko las, trawnik pod oknem, na którym mogę usiąść i poczytać i pies! Oczywiste było, że z psem nie będę biegać w sukience i balerinach, musiałam mieć w szafie coś nadającego się na leśne wędrówki. Buty i strój. No właśnie, dresy; na szczęście nie. Robią teraz bajeczne i funkcjonalne stroje sportowe. Znowu mi się upiekło. Jednym słowem, fajne życie zawodowe i domowe na wsi, prawie sielsko, wieś dawno nierolnicza, bardziej przedmieście, jak z amerykańskich filmów.
Rok 2020… styczeń
Na świecie pojawia się mały człowiek, czuję się jak rozmiękła galaretka, ale bardzo staram się wyglądać jak taka świeżo wyjęta z lodówki. Marzec i pierwszy lockdown, wygrzebałam z głębi szafy spodnie, które służyły mi w liceum na w-fie. Trochę podłamana, ale sytuacja tego wymagała, bobas i wieś. Stwierdziłam, że na chwilę odpuszczę, mając tylko jedne spodnie dresowe, nie będę zawsze w nich chodzić, muszę się przecież przebierać. Dotrwałam tak do jesieni tego samego roku. Podziękowałam spodniom, bo zawsze generuję wdzięczność do swoich ubrań, złożyłam i wpakowałam na dno szafy. Wyluzowałam z sukienkami, niektóre z nich mają luźny krój, a fikuśne buty na obcasie zamieniłam na bardziej praktyczne baleriny, mokasyny itp.
Mój styl dzisiaj
Dzisiaj, jak patrzę wstecz, zastanawiam się, czy w pandemii mój styl ewoluował, czy jednak nastąpił regres, pewnie nie jestem jedyna. Czynników było i jest sporo, wolę myśleć, że w tym przypadku znalazłam złoty środek, dostosowałam swój styl do prowadzonego trybu życia. Chciałabym pokazać Wam, że można czuć się sobą w ubraniach, bez poświęceń.
Pragnę jednak wyjaśnić, że nic nie mam do samych dresów, one po prostu nie nadają się dla mnie. Nie czuję się w nich komfortowo, co jest zabawne, bo właśnie po to zostały zaprojektowane, dla komfortu noszącego. Widocznie nie wszystko musi nam pasować, na szczęście mamy wybór.

